Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SPRAWY PUBLICZNE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SPRAWY PUBLICZNE. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 maja 2024

Prorocze słowa

 Aby z góry stłumić wszelkie bunty, nie należy robić tego brutalnie. Archaiczne metody jak Hitler, są zdecydowanie przestarzałe. Wystarczy stworzyć zbiorowe uwarunkowanie tak potężne, że sama idea buntu nie przyjdzie już nawet do głowy. Najlepszym sposobem byłoby formatowanie ludzi od urodzenia poprzez ograniczenie ich wrodzonych zdolności biologicznych... Następnie kontynuujemy uwarunkowanie poprzez drastyczne obniżenie poziomu i jakości edukacji, sprowadzając ją do formy bezwysiłkowego zajęcia. Osoba niewykształcona ma ograniczony horyzont myślenia, a im bardziej ograniczone jest jego myślenie - materialne, mierne, tym mniej może się buntować. Należy sprawić, aby dostęp do wiedzy stał się coraz trudniejszy i elitarny... Niech pogłębia się przepaść między ludźmi a nauką tak, aby informacje skierowane do ogółu społeczeństwa zostały znieczulone wszelkimi możliwymi treściami - szczególnie bez filozofii. Znów należy użyć przekonywania, a nie bezpośredniej przemocy: będziemy transmitować masowo za pośrednictwem telewizji rozrywkę, która zawsze pochlebia emocjom i instynktowi. Zajmiemy umysły tym, co jest daremne i zabawne - nieustanną gadką i muzyką, aby nie zadawać sobie pytań, nie uruchamiać myślenia. Seksualność będzie najważniejsza - jako znieczulenie społeczne, nie ma nic lepszego. Ogólnie rzecz biorąc, należy zabronić powagi egzystencji, wyśmiewać wszystko, co ma wysoką wartość, utrzymywać ciągłe apologię lekkości, tak aby euforia reklamy i konsumpcji stała się cenną składową standardu ludzkiego szczęścia i wzorem wolności. Tego typu napór na zbiorowość sam w sobie spowoduje taką integrację, że jedynym lękiem (który trzeba będzie podtrzymywać) jest wykluczenie z systemu i tym samym utrata dostępu do warunków materialnych niezbędnych do szczęścia. Masowy człowiek, tak wyprodukowany, powinien być traktowany takim, jakim jest: produktem, cielęciem i musi być monitorowany tak, jak powinno być stado. Wszystko, co pozwala uśpić jego jasność, jego krytyczny umysł jest dobre społecznie, zaś to co mogłoby go obudzić, musi być zwalczone, wyśmiewane, duszone... Wszelkie doktryny kwestionujące system muszą być najpierw określone jako wywrotowe i terrorystyczne, a ci, którzy ją popierają, traktowani jako wrogowie publiczni" - Günther Anders „Ludzka przestarzałość” 1956


piątek, 8 marca 2024

Demokracja liberalna=promocja prostactwa?

Zawsze zastanawiało mnie czy ten związek jest nierozerwalny, wpisany w system, czy też jest to tylko efekt uboczny. Prostactwo i u nas panoszy się od dobrej dekady. Wchodzi na salony. Opanowało media i twórczość „kulturalną”. Nie omija i tak zwanych elit. Internet to wprost wymarzone jego narzędzie.
Czy tak już pozostanie?
                                                                                               /pierwsza publikacja: 2015/

poniedziałek, 29 stycznia 2024

Nowy Dekalog

  1. Odpowiedzialność za stan planety

  2. Upominanie się o odnawialne źródła energii

  3. Działania proekologiczne

  4. Walka z zanieczyszczeniami (choć za największe dzisiaj zaśmiecanie obwiniam hałas - a o tym cisza!)

  5. Wytwarzanie jak najmniej odpadów - to kolejne przykazanie w tym systemie

  6. Zainteresowanie warunkami życia zwierząt

  7. Segregowanie śmieci – brak segregacji to kardynalny grzech

  8. Największy wróg: plastik

  9. Zakazane latanie samolotem

  10. Używanie samochodu tylko, kiedy to niezbędne

Ponadto, dobrze być gejem. Koniecznie należy posiadać jakieś zwierzę domowe albo kilka (choć niekoniecznie kota :).

Uwagi. Działalność ekologiczną popieram, ale aktywność ta powinna uwzględniać zamożność narodu (stan finansów państwa). „Zero waste” też można poprzeć, choć trend ten bezpośrednio uderza w gospodarkę (kapitalistyczną) opartą na postępie i wytwarzaniu w ludziach pożądania nieustannie nowych rzeczy i doznań. Nie martwiłbym się tym, gdyby w praktyce sprawdzałby się inny model ekonomii. A póki co, na razie tkwimy w starym, podobno zgodnym z naturą człowieka systemem. Większa niż kiedykolwiek wrażliwość na los naszych braci mniejszych jako istot czujących, też godny pochwały (choć w wielu przypadkach, może to być jedynie „poza” wynikająca z przejęcia zasad nowej religii). Sam jestem za rozwijaniem transportu publicznego kosztem prywatnego, indywidualnego. Ale, żeby w miastach posiadacze samochodów chcieli się przesiąść do komunikacji miejskiej, pojazdy powinny jeździć z dużą częstotliwością, co 5-10 minut, być czyste, no i… tanie - bo przeznaczone dla wszystkich.

W porządku, ale… Gdzie w tym wszystkim jest Człowiek? Drugi człowiek. Co z zasadą obowiązującą od setek lat – dotąd podzielaną nie tylko przez ludzi wierzących – „szanuj bliźniego swego jak siebie samego”? Coś jest na rzeczy, gdy polityk-rolnik mówi: „humanizujemy zwierzęta a dehumanizujemy człowieka”.

I na koniec, co z takimi atrybutami – chrześcijańskimi - jak:

  • dążenie do czynienie dobra

  • dążenie do odkrywania prawdy

  • życie – uważane za najwyższe dobro

  • współczucie wobec cierpiących

  • poczucie sprawiedliwości

  • wybaczanie

  • miłosierdzie???

Czy empatia, o której dużo się mówi a rzadko doświadcza, zastąpi powyższe?
Jaki będzie świat, gdy człowiek
programowo przestanie wyznawać te wartości?

Jeszcze wolno zadawać pytania :)

                                                                             /pierwsza publikacja: październik 2020/

czwartek, 17 sierpnia 2023

Spadkobiercy Solidarności. Mity i fakty

Opozycji - tej pretendującej do odzyskania władzy - najbardziej jedno się udało. Otóż sprawić wrażenie, że ci którzy są z nią, to wyraźnie lepsza część społeczeństwa: bardziej inteligentna, wykształcona i - zważywszy na potworności wyprawiane przez PiS - moralnie zdrowsza.

Jest w tym ziarno prawdy, ponieważ za poprzednich rządów najgorzej mieli zwykli zjadacze chleba, na etatach, bez specjalistycznego wykształcenia, emeryci. Pracodawcy (więksi), kadra zarządcza, wzięci specjaliści źle nie mieli, nawet całkiem dobrze.

A więc „kupą mości panowie”, wiadomo, że mamy rację. Tylu ludzi wykształconych, artystów by się myliło? Stąd powielanie „prawd” zapodanych przez bardzo sprzyjające opozycji media: popularną telewizję, znany dziennik, tygodniki. I przede wszystkim non-stop sączone „fakty” do tak obecnie popularnych internetowych portali społecznościowych.

Niestety ostatnie dekady nie wykształciły człowieka myślącego samodzielnie i w sposób krytyczny. Raczej wyhodowano rodaka, który prawie nie czyta, wiedzę czerpie niemal wyłącznie z sieci, karmi się „objawieniami” podsuwanymi mu przez media. Wielu nie wychodzi poza swoje ulubione portale. Już do rangi symbolu urosły takie witryny jak Tik-Tok czy Pudelek. To, że formalnie poziom wykształcenia (licząc „magistrów”) w wolnej Polsce się zwiększył o niczym nie świadczy.

Następnie opozycja tworzy mit, że tylko my, sami nazywając się „demokratami” jesteśmy kontynuatorami walki Solidarności o wolność i demokrację. A manipulacje pisowskie chcą nam tę wolność i niezależność odebrać. My kombatanci nie dopuścimy do tego. To my i tylko my jesteśmy kontynuatorami dziedzictwa Sierpnia 80.!

Należy tu wspomnieć, iż postulaty lat 80. nie dotyczyły modelu polityczno-ekonomicznego, lecz sprawiedliwości społecznej, właściwej dystrybucji dóbr, poprawienia warunków bytowych pracownika najemnego et cetera.

Przede wszystkim, już w latach 90. po dojściu do władzy elit solidarnościowo-opozycyjnych, szybko hasła „solidarnościowe” zastąpiono hasłami typowymi dla liberalnej gospodarki wolnorynkowej. Odtąd większe prawa wynikały z większej własności. Bardzo trafnie w swoich publikacjach ujął to prof. David Ost, cytuję: „Podobnie jak w początkach epoki komunizmu nowy rząd z definicji uznano za sprzyjający ludziom pracy. Ruch społeczny [Solidarność] włączył się bowiem w budowanie gospodarki rynkowej, a nie obronę ludzi pracy w tym gospodarczym systemie”.

Ten sam badacz zauważył, iż „Liberalizm stał się ideologią władzy”. A inny wprost stwierdził „Zbudowali socjalizm dla bogatych i kapitalizm dla biednych”.

Z kolei już w 1996 r. Jan Paweł II podczas pielgrzymki w ojczyźnie przestrzegał: „Nie ma wolności bez solidarności” (tym razem przez małe „s”).

Tu dygresja. Od 30 lat zastanawiam się, dlaczego w Polsce w początkach lat 90. ale też później, nie przeprowadzono żadnej poważnej debaty publicznej na temat kształtu państwa jakiego życzy sobie większość obywateli!

Nietrudno dostrzec, że dojście do władzy PiS dokonało się właśnie dlatego, że z dobrodziejstw systemu korzystały dość wąskie elity, a wielu reprezentantów mniej intratnych zawodów znajdowało się na chronicznym marginesie społeczno-finansowym. A nawet całe grupy społeczne. Świetnie za to przedstawiały się podobno wskaźniki ekonomiczne... W tym kontekście, „rewolucję PiS” można widzieć jako normalną reakcję na niedoskonały system, który osiadł pod koniec lat 90. i w zasadzie do 2015 r. nie uległ istotnym zmianom!

Zaciekli przeciwnicy PiS chcieliby za wszelką cenę zachować status quo. Przypominają pod tym względem byłych komunistów, którym jeszcze w latach 80. wydawało się, że rewolucja Solidarności zniszczy idee według nich sprawiedliwego systemu – choć popełniano błędy – opartego o przewodnią rolę partii.

Należy nadmienić, iż wielu działaczy upadającego wówczas systemu nakazowo-rozdzielczego uznało „znaki czasu” i potrafiło odejść od wpływów i znaczenia z honorem. Wielu dzisiejszym „kombatantom demokracji” przychodzi to jak widać z większym trudem.

W tym miejscu należy zwrócić uwagę, iż w kraju nie toczy się żadna walka o wolność, tylko istnieje spór kulturowo-cywilizacyjny, który na Zachodzie trwa już od lat.

Drugim kołem napędowym wykorzystywanym bez skrupułów przez opozycję, tę w pretensjach, jest wieczne niezadowolenie rodaków ze swojego państwa, z rządzących. Historia tego zjawiska jest długa. „Tylko rozkradają, na szczytach władzy panuje kolesiostwo, nie mają dobrych intencji, prywata przede wszystkim. A biednemu zawsze wiatr w oczy.”

Zaufanie obywatela do państwa także w wolnej Polsce, o czym świadczą przeprowadzane parę lat temu badania, nie wzrosło (ciekawe dlaczego :). Opozycja świetnie o tym wiedząc, w zasadzie nic innego nie robi od 26 października 2015 roku, jak te resztki zaufania podkopuje. I należy przyznać, osiąga tu sukcesy. Ale. Nie trzeba być prorokiem, iż to polityka krótkowzroczna. Prędzej czy później, każde rządy przeminą a współczesne państwo bez choćby minimum zaufania do niego obywateli (i na odwrót) będzie państwem pozornym. Sprawne współczesne państwo nie może się obyć bez zaufania własnych obywateli. Takie państwo po prostu nie działa, nie będzie skuteczne w wypełnianiu swoich funkcji.

Patrząc z perspektywy już dekad, postrzegam, że i druga strona też tworzy swoistą narrację mijając się z istotą rzeczy.

Strona nazwijmy ją konserwatywna, upatruje niewłaściwy sposób przeprowadzenia transformacji ustrojowej i potem błędną politykę kolejnych rządów w agenturze służb dawnego porządku. A więc Polska nie sprostała zadaniom sprawiedliwego państwa, w którym sposób dzielenia dochodu byłby bardziej równomierny, zadowalał większe grupy społeczne. Jednym słowem sugerują, że kraj nie rozwijał się tak jakby mógł, gdyby komuniści i ich pobratymcy nadal nie trzymali w swoich rękach władzy i pieniędzy.

Moim zdaniem to jest interpretacja zaciemniająca istotę rzeczy. Transformacja była niezbędna, musiała się odbyć w sposób mniej lub bardziej szokowy dla społeczeństwa, szczególnie tych uboższych warstw (bo przeważnie koszty zmian zawsze ponoszą najbiedniejsi). Natomiast można mieć żal, iż w zasadzie do 2015 roku kierunek polityki wewnętrznej, społecznej (jeśli takowa była?) pozostawał niezmienny. Aż można się dziwić, że Kaczyński dopiero po ćwierć wieku doszedł do władzy.

Jednym słowem, nie tyle upatrywałbym słabości państwa w tym, iż nie usunięto „komunistów” (tak naprawdę komuniści to byli w latach 50-60.) co w tym, iż nowi decydenci przyjęli liberalny model państwa. I trwali w nim do końca, mimo formalnie zmieniających się rządów.

W mojej ocenie, za stan kraju odpowiadały rządy o niezmiennej aż do 2015 roku proweniencji liberalnej! Chyba, że uwierzymy, iż głównym celem byłych komunistów, tak, pewnie mających jeszcze wpływ na nową władzę, było doktrynalne trzymanie się liberalnych zasad w gospodarce i życiu społecznym!

Wiele do życzenia po ćwierć wieku wolności, pozostawiała wciąż sytuacja mieszkaniowa, służba zdrowia, wymiar sprawiedliwości, a także jakość instytucji państwowych. A właśnie stykając się jako obywatel z instytucją, ten pierwszy wyrabiał sobie ocenę całego obowiązującego realnie systemu.

Sporo się udało, ale wiele nie. Stąd nadszedł czas na zmianę priorytetów i wreszcie, bo sama „niewidzialna ręka rynku” różnic społecznych nie zniwelowała, na tworzenie zrębów polityki społecznej.

Ma więc i Kaczyński prawo powoływać się na dziedzictwo Sierpnia 80., twierdząc iż dopiero jego polityka daje szanse zrealizowania pamiętnych postulatów, marzeń o sprawiedliwym i przyjaznym dla obywatela państwie, czyli mówiąc w skrócie do dokończenia rewolucji Solidarności!

Opozycja rości sobie moralne prawo do totalnej krytyki, bo... według nich dzieją się rzeczy straszne: trybunał, sądy, Konstytucja, praworządność.

To ja zadam także pytanie natury moralnej. Gdzie oni byli? Tak, gdzie byli „demokraci”, kiedy:

  • przeprowadzano dziką reprywatyzację

  • bezkarnie działali tzw. czyścicieli kamienic

  • likwidowano posterunki policji

  • likwidowano połączenia kolejowe i autobusowe skazując tym samym wiele rejonów kraju na peryferie, margines społeczno-kulturalno-gospodarczy

  • obywatel pozbawiony był jakiejkolwiek ochrony ze strony państwa (sądowe wyroki nierychliwe i nierzadko niewiele mającego wspólnego z poczuciem elementarnej sprawiedliwości)

  • obywatel nie miał żadnego realnego wsparcia, gdy niekoniecznie ze swojej winy znalazł się w - trudnej sytuacji (stracił pracę, podupadł na zdrowiu)

  • podnoszono wiek emerytalny (w przypadku kobiet o 5 lat!)

  • podwyższano VAT

  • obowiązywały umowy śmieciowe

  • stawka godzinowa wynosiła 3 zł

  • bezrobocie było na poziomie 20,00% (2003) –12,5% (2014) (w 2020: 3%; 2021: 6%)

  • minimalna płaca wynosiła 800,00 brutto! (2003) – 1.680,00 (2014) - (w 2021: 2.800,00)

  • przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wynosiło 3.783,46 zł (2014) – (2021: 5.662,53 zł)

  • państwo było bierne i słabe (przez niepodejmowanie działań stwarzało doskonałe pole aktywności dla rożnych naciągaczy i oszustów, przykład: Amber Gold)?

Dlaczego milczeli przez ćwierć wieku?

                                                                                                                                sierpień 2023


niedziela, 24 października 2021

Sentencja.21

 Najgłośniej o wolności trąbią poganiacze niewolników (Samuel Johnson, XVIII w.)

czwartek, 27 maja 2021

Prawdopodobne

Od czasu rewolucji francuskiej zachodnie społeczeństwa liberalne systematycznie podcinają gałąź, na której siedzą, a przez pogoń za "wolnością" upadną i przekształcą się w swoje przeciwieństwo: chaos lub dehumanizację - mówi PAP belgijski historyk, prof. David Engels.

"Jak niedawno stwierdzili prof. (Andrzej) Zybertowicz i prof. (Ryszard) Legutko, demokracja liberalna znajduje się w kryzysie, który może zakończyć się jej śmiercią" - przyznaje Engels.

Według badacza kryzys ten nie pochodzi z zewnątrz: "stopniowa transformacja społeczeństwa liberalistycznego w opresyjną kulturę unieważniania (ang. cancel culture) i świadomości społecznej (ang. woke culture) nie jest przypadkiem, ale logiczną konsekwencją sprzecznych podstawowych założeń samego liberalizmu".

Z jednej strony do tych założeń należy "dążenie do coraz większego indywidualizmu wyzwolonego z wszelkich zewnętrznych ograniczeń", a z drugiej - podkreśla Engels - "domniemanie, że normy stworzone przez naszą chrześcijańską cywilizację będą w jakiś sposób nadal stabilizować społeczeństwo, nawet bez wyraźnego umocowania w prawdziwej wierze".

Jak twierdzi analityk Instytutu Zachodniego w Poznaniu, "ta ewolucja jest już dobrze widoczna w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych, gdzie liberalizm gospodarczy doprowadził do skrajnej polaryzacji społecznej i dominacji wielkich technologii i big data".

"Demokratyczny liberalizm spowodował tam powstanie kasty politycznej, która zajmuje się jedynie własnym krótkotrwałym sukcesem; liberalizm moralny doprowadził do upadku najbardziej podstawowych cnót i banalizacji aborcji, pedofilii, teorii płci, poligamii, kazirodztwa i eutanazji; liberalizm kulturowy wywołał absurdalną samonienawiść zachodniej cywilizacji i narzucenia wielokulturowości, a liberalizm religijny systematyczny demontaż chrześcijaństwa na rzecz ateizmu i islamu" - wymienia Engels.

Jak wyjaśnia ekspert, "kiedy wszystko jest względne, co jest podstawowym założeniem liberalizmu, zorganizowane społeczeństwa powoli przekształcają się w zatomizowane masy rzekomo wolnych, ale w rzeczywistości zagubionych jednostek i następnie presja większości paradoksalnie prowadzi te jednostki przez szkoły, media i politykę do przyjęcia stadnych zachowań, które są często nawet gorsze niż te, które występują w społeczeństwach totalitarnych, jak przewidział już Tocqueville".

"Podobnie jak radykalny indywidualizm wydaje się ostatecznie prowadzić do równie radykalnego kolektywizmu, radykalna wolność musi prowadzić do przetrwania najsilniejszych, a tym samym do ucisku" - dodaje.

Engels przewiduje, że w polityce, "gdy wszystkie moralne ograniczenia zostaną zastąpione czysto instytucjonalnymi procedurami, wcześniej czy później zostaną one zinstrumentalizowane przez partie, koterie i wspólnoty ideologiczne, podczas gdy na ulicach grupy etniczne, które są najbardziej agresywne, otrzymają najwięcej uwagi ze strony społeczeństwa, uznającego obronę własnej cywilizacji za opresyjną lub nieliberalną".

"Wszystkie wartości, kiedy pozbawione są transcendentnego oraz tradycyjnego umocowania, muszą stać się zaledwie semantycznymi wypełniaczami, których precyzyjne znaczenie określają jedynie zmienne kaprysy większości ostatecznie kontrolowanej przez niewielki krąg elit, prowadząc wcześniej czy później do niemal orwellowskiego zniekształcenie dobra i zła" - uważa historyk z Universite libre de Bruxelles.

Na pytanie, czy jest jakieś wyjście z obecnej sytuacji, Engels zaprzecza, by wystarczyła ochrona liberalnej demokracji przez dodatkowe instytucjonalne mechanizmy kontroli, gdyż "jej mankamenty pochodzą z samego jej wnętrza".

"Nie możemy cofnąć się do starych dobrych czasów zachodniej demokracji lat 80. XX wieku, ponieważ ten ideał został doprowadzony do absurdu i został na zawsze skompromitowany" - zauważa.

Jedynym rozwiązaniem jak sądzi badacz byłoby "świadome odwrócenie trendu na korzyść bardziej idealistycznego podejścia do społeczeństwa: odrzucenie obecnego nihilizmu i przypomnienie prostego faktu, że najwyższa prawda nie jest definiowana przez decyzje większości, ale przez Stwórcę i prawa ustanowione przez niego dla natury"."Poszanowanie religii, umiłowanie własnej cywilizacji, duma z dokonań naszych przodków, dążenie do ideału piękna i cnoty, ochrona naturalnej rodziny, komplementarność mężczyzny i kobiety - wszystkie te podstawowe wartości muszą być raz jeszcze przywrócone jako przewodnie zasady naszego współistnienia społecznego, jeśli chcemy uniknąć całkowitego rozkładu Zachodu, chaosu lub dehumanizacji, o ile nie jest za późno" - podsumowuje Engels.

                                                                                          /fragmenty tekstu znalezionego w necie/

 


wtorek, 11 maja 2021

Kultura czy Wolność

Od blisko trzech dekad, szczególnie w okresie przedwyborczym, niektórzy doktrynerzy wmawiają rodakom, że „nikt nam nie będzie mówił jak mamy się zachowywać i żyć” albo nawołują „nie dajcie sobie ograniczać wolności” i w tym podobnym przyjemnie brzmiącym dla ucha stylu.
Trochę to dziwne, bo w rankingu państw, gdzie dobrze się żyje obywatelom (a nie tylko wąskiej elicie finansowej - nie mylić z intelektualną!) przodują te kraje, w których państwo reguluje wiele dziedzin życia (zatem ogranicza wolność), a nie gdzie panuje pełny społeczno-gospodarczy liberalizm.
Obywatel w państwach o pożądanym modelu państwowości, wie też, że w razie niepowodzenia życiowego (przewlekłej choroby, utraty pracy czy lokum mieszkalnego) państwo nie zostawi go samego.
Kultura wiąże się z powściągliwością. Ograniczam swoje działanie, bo szanuję prawo innego człowieka, jego prywatność. Powstrzymuję się od działań, które dla mnie są przyjemne czy obojętne, ale które innym mogą wyrządzić przykrość, poczucie dyskomfortu. Na przykład obrażać jego uczucia religijne. Liczę się z innymi, bo nie jestem sam. Szczególnie przebywając w sferze publicznej.
Dobrowolnie ograniczam swoje prawo, ustępuję, przesuwam się robiąc drugiemu człowiekowi miejsce. Nie jest to nic nowego, jeśli przebywam w jakieś wspólnocie (choćby małżeńskiej), moje prawo też podlega ograniczeniu.
Jednym słowem Kultura Wymaga Powściągliwości (Ograniczenia Wolności). Tak to banał, ale właśnie dzisiaj jest konieczność o tym przypomnieć.
Ps. Głównym problemem jest źródło z jakiego obywatele mają czerpać ten szacunek dla drugiego człowieka i dobrowolnie godzić się na ograniczenie swojej wolności. Źródło dostępne przez 2000 lat zdaje się wysychać.

                                                                                                                    /pierwsza publikacja 2019/

środa, 5 maja 2021

Wadliwa wolność

Wolność pojmowana dzisiaj jest zbyt często jako nieograniczona swoboda, rozpasanie, przemoc, egoizm, czyli wolność, która upaja się sama sobą, która oddaje się ekscesom, która odbiera wolność innym.
Wolność musi być rozważna. Poddana dyscyplinie, a właściwie samodyscyplinie.
Nienasycona żądza tego dobra [wolności] i zaniedbanie dóbr innych… przygotowuje potrzebę dyktatury. Jakim sposobem? Wtedy myślę, gdy państwo, demokratyczne cierpi pragnienie wolności, a ma przypadkiem na czele złych podczaszych, za czym się, więcej niż potrzeba, upija wolnością nierozcieńczoną… A tych, którzy rządu słuchają, depce jako dobrowolnych niewolników i zupełne zera… Ojciec przyzwyczaja się do tego, że staje się podobny do dziecka, i boi się synów… W takim państwie nauczyciel boi się uczniów i zaczyna im pochlebiać, a uczniowie nic sobie nie robią z nauczyciela… W ogólności młodzi ludzie upodabniają się do starszych i puszczają się z nimi w zawody i w słowach, i w czynach, a starzy siadają razem z młodymi, dowcipkują i stroją figle, naśladując młodych, żeby nie wyglądać ponuro i nie mieć zbyt władczej postawy… Dusza obywateli robi się tak delikatna i wrażliwa, że choćby im ktoś tylko odrobinę przymusu próbował narzucić, gniewają się i nie znoszą… Więc to naturalne, że nie z innego ustroju powstaje dyktatura, tylko z demokracji; z wolności bez granic niewola najzupełniejsza i najdziksza [8 księga „Państwa” Platona]
                                                                              (z książki Oriany Fallaci: „Wywiad z sobą samą”, 2005)

                                                                                                                             /pierwsza publikacja 2017/

wtorek, 20 kwietnia 2021

O tzw. "wolności"

Ogłosił świat wolność. Zwłaszcza w ostaniach czasach. I cóż widzimy w owej ich wolności? Niewolnictwo tylko i samobójstwo. Albowiem tak mówi świat, masz potrzeby, a wiec nasycaj je. Albowiem masz takie same prawa, co i najznakomitsi i najbogatsi. Nie bój się ich nasycać a  nawet pomnażać. Oto dzisiejsza ich nauka. W tym dopatrują się wolności. I co wynika z tego prawa do pomnażania potrzeb? Dla bogaczy odosobnienie i duchowe samobójstwo. Dla biednych zawiść i morderstwo. Albowiem prawa im dano, lecz sposobów nasycenia potrzeb jeszcze nie wskazano. Zapewniają że świat coraz bardziej się zespala, że zespala się ku braterskiemu obcowaniu. Ponieważ skraca odległości, myśli przenosi powietrzem.
Niestety, nie wierzcie takowemu zespoleniu ludzi. Pojmują wolność jako pomnożenie i szybkie zaspokojenie potrzeb, wypaczają naturę swoją. Albowiem krzewią w sobie wielką moc bezmyślnych i głupich pragnień, nawyków i najniedorzeczniejszych wymysłów. Żyją tylko gwoli wzajemnej zawiści, gwoli rozkoszy cielesnej i pychy. Wydawać obiady, bywać w świecie, mieć pojazdy, rangi i niewolników, służących. To uchodzi już za taką konieczność, że poświęcają życie, cześć i miłość bliźniego, aby ją osiągnąć. I zabijają się jeżeli jej nie osiągają.
U niebogatych widzimy to samo. A biedacy nienasycenie i zawiść zagłuszają na razie pijaństwem, ale rychło zamiast wódką upiją się krwią.  Ku temu się ich prowadzi. Pytam was, czy wolny jest taki człowiek?
A przeto w świeckim życiu coraz bardziej wygasa myśl o służeniu ludzkości, o braterstwie i zespoleniu ludzi. I zaprawdę coraz częściej natrafia na szyderstwo. Albowiem jakże tu odzwyczaić się od nawyków. Dokądże pójdzie ów niewolnik, jeśli przywykł zadowalać swoje niezliczone potrzeby, które sam sobie wymyślił? Odosobniony jest, cóż go więc obchodzi całość? I dopięli tego, że nagromadzili więcej rzeczy a radości jest coraz mniej.
Fiodor Dostojewski: „Bracia Karamazow”, 1880

                                                                                                                            /pierwsza publikacja 2017/

sobota, 8 sierpnia 2020

Jakaś prawidłowość?

Dopiero co podano, że obecnie najwięcej zakażeń Covidem-19 jest w państwach: USA, Indie, Brazylia, a w Europie we Francji i w Czechach.

środa, 24 czerwca 2020

Sprawy krajowe: przed wyborami

Ponieważ od 6 lat biorę na swoje barki tłumaczenie przegranym, dlaczego tak się stało – przyznaję, przypomina to rzucanie grochem o ścianę – stawiam kropkę nad „i”.

Zastrzeżenie. Gdybym obserwował Polskę z oddali, wyciągając wnioski z prasy liberalno-lewicowej, prawdopodobnie też byłbym przerażony tym, co się w ojczyźnie dzieje!

Jednak ja na własnym grzbiecie odczułem okres transformacji, i dekady po, szczególnie lata 2007-2015! Sytuacja wyglądała tak, iż od szeregu lat w wielu środowiskach narastało niezadowolenie i frustracja. Prawda, nikt na ulicy nie demonstrował (w stolicy „marsze smoleńskie” miały miejsce, ale krytyka władzy ograniczała się do zaniedbań w wyjaśnianiu katastrofy). Wtedy niezadowolony obywatel, bez przyszłości, po prostu z kraju emigrował lub zaciskał zęby i zadowalał się tym co ma. Wyprowadzanie ludzi na ulice, potępianie w czambuł każdego kroku rządzących, to osiągniecie obecnej opozycji. Od dawna zanosiło się, iż dojdzie do przełomu (jaskółką była przegrana Komorowskiego). Potem zapamiętałem gdzieś rzuconą w polemice uwagę: „przeżyłem demokrację liberalną, to i „faszyzm” mi niestraszny”!

Demokracja liberalna - nie tylko w Polsce przeżywająca kryzys - nie rozwiązała, wbrew temu co chcieli widzieć jej doktrynerzy, wielu podstawowych sprzeczności społecznych i nie przeciwdziała patologii, a wręcz niektóre z nich zaostrzała, o czym wszyscy przekonywaliśmy się przez ćwierć wieku. Polacy, oczywiście nie wszyscy, powiedzieli wreszcie dość dając zielone światło p. Kaczyńskiemu i jego zapleczu, bo tylko on miał determinację (co się sprawdziło) wstrząsnąć systemem.

Jeszcze jedno. To, że obywatele odrzucają liberalizm nie znaczy, że odrzucają demokrację. Spece od manipulacji społecznych wmawiają nam, iż alternatywa wobec demokracji liberalnej to: powrót do PRL, faszyzm lub putinizm... Co więcej, zmieniając kapitalizm na bardziej cywilizowaną wersję (poprzez interwencjonizm państwowy) wpisujemy się rzekomo w walkę wielkich graczy, mocarstw światowych. Podpowiadają: lepiej dostosować się, trzymać z silniejszymi...
Nie godzę się z takim stawianiem sprawy. Gdyby przyjąć podobną perspektywę w latach 80. ubiegłego wieku, to cały ruch „Solidarności” był szkodliwym szaleństwem (wszak stanowił potencjalne zagrożenie, jako punkt zapalny w newralgicznym miejscu Europy). „Solidarność” niebezpiecznie naruszała delikatną równowagę między ówczesnymi światowymi potęgami mało licząc się z polską geopolityką.

A jednak się udało. W 1989 r. odzyskaliśmy suwerenność i niezależność. Nie wszystko poszło jak po maśle. Polacy wciąż oczekują państwa dobrze zorganizowanego i sprawiedliwego!!! Upraszczając: „kapitalizmu z ludzką twarzą”.

Dzisiejsi opozycjoniści nie łudźcie się. Polska nigdy już nie będzie taka sama jak za poprzednich rządów.

Naturalnie, samo rozbicie systemu nie spowoduje „raju na ziemi”. Teraz należy zbudować nowoczesne państwo, które nie hamowałoby ludzkiej energii do działania, ku własnemu i ogólnemu pożytkowi, ale także by było przyjazne dla obywatela, niezależnie od zajmowanego przezeń pozycji społecznej i ekonomicznej. Nie wszystko dało się przez 5 lat zreformować, ale przynajmniej wydaje się, iż dzisiejsza władza widzi rzeczywiste problemy i o nich mówi. Wiele obszarów jest do poprawki w naszym państwie. Co ciekawe dzisiaj prym w krytykowaniu wszystkiego wiodą ci, którzy do niedawna mieli przemożny wpływ na kształt państwa, obsady państwowych stanowisk, działanie podległych instytucji itd. Zamienili różowe okulary na czarne, prawie nieprzezroczyste. Może już coraz mniej widzą…

Ps. „Chorego systemu nie ma szans uzdrowić ktoś, kto w nim wyrósł, kto nim oddycha, kto mówi jego językiem” (z manifestu pewnego kandydata na prezydenta)
Ps. Oczywiście teraz pandemia zmienia niemal wszystko, ale dla liberałów nie będzie to dobry czas.


piątek, 1 maja 2020

Brak zaufania

Czy brak zaufania to największy problem polskiego społeczeństwa?”

Wzywałem bardzo wyraźnie, byśmy odbudowywali elementarne zaufanie - mówił niedawno wicepremier Janusz Piechociński o swoim spotkaniu z przedsiębiorcami. Nie tylko w biznesie potrzebujemy w Polsce odbudowy zaufania. Jednak jak ufać, skoro co chwilę dowiadujemy się, że ktoś nas oszukuje? Zaufanie to ryzyko, jednak przykłady wielu krajów pokazują, że opłaca się je podejmować. O chronicznym braku zaufania, czyli jednym z największych problemów, który trapi nasze społeczeństwo.
"Zaufanie to zakład podejmowany na temat niepewnych, przyszłych działań innych ludzi" - taką definicję przyjmuje w swojej książce o zaufaniu prof. Piotr Sztompka. To jasne - ufając, ryzykujemy. Czy warto być hazardzistą?
To, że w Polsce nie ufamy politykom, nikogo nie dziwi. Jednak warto popatrzeć na porównanie, które dostarczył tegoroczny Europejski Sondaż Społeczny. W rankingu zaufania między ludźmi wyprzedzamy tylko Bułgarię, Cypr i Słowację. Przegoniła nas Portugalia, która jeszcze niedawno plasowała się niżej niż Polska.
Pięć pierwszych miejsc w rankingu też nie powinno być zaskakujących. Monopol na zaufanie w Europie ma Skandynawia. Liderem jest Dania. Obywatele tego kraju, odpowiadając na trzy pytania, ocenili ogólnie poziom zaufania na 20,5 punktów. Maksymalna ilość punktów do zdobycia wynosiła 30. Tuż za Danią uplasowała się Norwegia (19,7 pkt.), Finlandia (19,3), Szwecja (19,1) i Islandia (19). W Polsce ten wskaźnik wynosi 12,8. Różnica rzuca się w oczy.
Nieunikniony koszt transformacji
Przyczynę fatalnego poziomu legitymizacji władzy nie tylko w Polsce, ale szerzej, w krajach postkomunistycznych, wyjaśniał niedawno "Gazecie Wyborczej" prof. Henryk Domański z Polskiej Akademii Nauk. Według niego, chodzi o "nieunikniony koszt szybkiego przejścia od autorytaryzmu do demokracji". Swoją cegiełkę dołożyła Fundacja Bertelsmanna. Według badań tej instytucji, kraje byłego bloku komunistycznego powinny się wstydzić za swój dramatycznie niski poziom odpowiedzialności za innych i gotowość pomocy drugiemu.
Na inny aspekt, ściśle związany z naszą historią, zwracała uwagę Hanna Arendt. Autorka słynnej pracy pt. "Korzenie totalitaryzmu" podkreślała, że taki ustrój ma szansę na sukces tylko w zatomizowanym społeczeństwie. To dlatego czy to naziści, czy sowieci w ZSRR nie dążyli do budowy zaufania pomiędzy obywatelami swoich krajów.
Kilka lat temu w Gdańsku na problem braku zaufania zwracał uwagę Francis Fukuyama. - Kraje postkomunistyczne często borykają się obecnie z problemem deficytu wzajemnego zaufania obywateli do siebie oraz deficytem zaufania obywateli do władzy - mówił słynny naukowiec podczas konferencji "Europa i świat 30 lat po zwycięstwie polskiej Solidarności". Fukuyama nie pierwszy raz wspominał zresztą o roli zaufania w rozwoju społeczeństw. W książce pt. "Zaufanie. Kapitał społeczny a droga do dobrobytu" wskazuje wyraźnie, że zaufanie w społeczeństwie to najważniejsza cecha kulturowa, która oddziałuje na udane związki ekonomiczne. A tym samym sprzyja bogaceniu się społeczeństw.
Jeśli ktoś nie wierzy, że zaufanie przekłada się na sukcesy ekonomiczne, warto zajrzeć do najnowszego badania udostępnionego przez Światowe Forum Ekonomiczne. W "dziesiątce" krajów z największym kapitałem społecznym jest Finlandia, Szwecja, Norwegia i Dania. Stawce przewodzi Szwajcaria - również zawsze wysoko sytuowana w rankingach zaufania.
Dlaczego Polacy nie ufają politykom?
Osoby, które sprawują władze w Polsce, widywane są przez nas bardzo często w negatywnym kontekście. Czarę goryczy przelały w ostatnim miesiącu nagrania, które opublikował tygodnik "Wprost".
Po ujawnieniu rozmów nagranych w warszawskiej restauracji Sowa&Przyjaciele właśnie o utracone zaufanie bał się najbardziej były minister w rządzie Donalda Tuska, Michał Boni.
To właśnie on jeszcze jako Szef Zespołu Doradców Strategicznych Premiera był odpowiedzialny za raport "Polska 2030", który wskazywał znaczenie kapitału społecznego w rozwoju kraju. Niestety, przygotowany dokument nie stał się później wyznacznikiem dla rządu.
Czy mamy szansę na powstanie kultury zaufania w Polsce?
Jednym z pięciu warunków sprzyjających powstaniu kultury zaufania, które wyróżnia prof. Piotr Sztompka, jest odpowiedzialność ludzi i instytucji za swoje działania. Czy tak jest w Polsce? Zapewne większość Polaków odpowiedziałoby przecząco. Głos na ten temat zabrał m.in. Jerzy Hausner. Były wicepremier w wywiadzie dla "Tygodnika Powszechnego" odpowiadał na pytania związane z podsłuchaną rozmową Bartłomieja Sienkiewicza i Marka Belki. - Dzisiaj odpowiedzialność to zapewne jedno z najczęściej odmienianych słów. Ale odmienia się tylko słowo, a zrozumienie jego sensu jest żadne - mówił Pawłowi Reszce. Jak dodał, "to ciągła gra w przerzucanie się odpowiedzialnością (...) ucieczka do odpowiedzialności, która staje się systemową nieodpowiedzialnością. To największa choroba naszego państwa."
Spójrzmy na pozostałe cztery warunki. Pierwszy to porządek normatywny. Tu można się zgodzić, że względnie ten warunek jest w Polsce spełniany. Mamy stabilną konstytucję regulującą działania władz państwowych, precyzyjny podział jednostek samorządu terytorialnego i niezależne i niezawisłe sądownictwo, które nie raz udowodniło, że nie po drodze mu z politycznymi interesami różnych rządów. Drugi to trwałość porządku społecznego. Czy 25 lat ucierania się demokracji można za taki uznać? Wielu miałoby wątpliwość.
Kolejny czynnik to przejrzystość organizacji społecznych. Jaka jest ogólna opinia? Negatywna. Sztompka wymienia również "swojskość otoczenia", co za Anthonym Giddensem przedstawia jako "główny wątek zaufania". Ale czy nawet w swojskim otoczeniu częściej stawiamy sąsiadowi piwo, czy stawiamy płot między podwórkami? Ostatnio modne są nawet mury na osiedlach. Częściej żyjemy jak Kargul z Pawlakiem. Pełni podejrzliwości.
Jak więc zwiększać poziom zaufania społecznego w Polsce? Kluczową rolę musi tu odgrywać edukacja. Praca w grupach (zmieniających się!), która wytwarza więzy i zmusza do zaufania. Zmusza nie proceduralnie. To sytuacja jest czynnikiem wytwarzającym to ryzykowne zachowanie, jakim jest zaufanie.
To, że jakość życia i poczucie pomyślności są ściśle związane z występowaniem uogólnionego zaufania, udowodnił również w swoich badaniach amerykański politolog Ronald Inglehart. O co więc powinniśmy walczyć w pierwszej kolejności? Jak mówił w rozmowie z Onetem prof. Piotr Sztompka, należy jednocześnie dążyć do rozwoju w tych dwóch kierunkach jednocześnie.
25 lat nieufności?
W ciągu ostatniego ćwierćwiecza Polacy, czy to Ci ze szczytów władzy, czy zwykli obywatele mieli wiele okazji pokazania braku zaufania do siebie.
W 1993 roku wybory wygrał Sojusz Lewicy Demokratycznej. Cztery lata po miażdżącym sukcesie "Solidarności" do władzy doszła partia reprezentująca dawny ustrój. SLD uzyskało 20 proc. głosów. Drugie miejsce z 15 proc. zajęło Polskie Stronnictwo Ludowe, które też przecież nie wywodziło się z opozycji demokratycznej. Dopiero na trzecim miejscu z 10 procentami głosów uplasowała się Unia Demokratyczna.
"Trudno się dziwić, że Polacy byli zdezorientowani. SLD zostało wywindowane na szczyty popularności w 1993 roku dlatego, że było ostoją stabilności. W tym paradoksie pierwszych lat po komunizmie znów byliśmy prekursorami." - mówił w wywiadzie dla kwartalnika "Instytut Idei" prof. Edmund Wnuk Lipiński.
Specjalnie z okazji 25 lat częściowo wolnych wyborów parlamentarnych, które uznaje się za symboliczny koniec ustroju komunistycznego w Polsce, CBOS opublikował badanie, które pokazywało zaufanie do instytucji. Wynika z niego, że najwięcej badanych ufa wojsku (74 proc.) oraz policji (71 proc.). Co ciekawe, większym zaufaniem niż władze krajowe darzone są instytucje Unii Europejskiej oraz NATO (68 proc. wskazań ufności). Polskiej władzy ustawodawczej i wykonawczej ufa tylko 34 proc. respondentów.
Najmniej badanych ufa partiom politycznym - 17 proc. Nic dziwnego, skoro codziennie słyszymy o kolejnych kłótniach i wybrykach naszych wybrańców. Aż 35 proc. badanych nie znajduje partii, która wyrażałaby ich poglądy.
Nieufność w Polsce Anno Domini 2014
Niedawny sukces partii Janusza Korwin-Mikkego również można oceniać jako przejaw braku zaufania do klasy politycznej. Warto zadać sobie pytanie, czy przegraną po wyborach do Parlamentu Europejskiego nie okazała się cała klasa polityczna.
Politycy tak krytykujący dzisiaj Nową Prawicę oraz samego jej lidera powinni się zastanowić, co takiego się stało, że wyborcy do głosu dopuścili osobę, która bez ogródek parlamentarne partie nazywa bandą złodziei. Kwestią otwartą jest odpowiedź głównych sił politycznych na policzek wymierzony im nie przez Janusza Korwin-Mikkego, ale przez wyborców.
Zjawisko braku zaufania działa w Polsce wielokierunkowo
Wiele zostało już powiedziane na temat legitymizacji władzy. Niewiele mówi się jednak na temat zaufania władzy do społeczeństwa. Nie tylko obywatele nie ufają władzy. Również władza nie ufa obywatelom. Czy dlatego, że boi się obywatelskiego zaangażowania, które mogłoby rozbić zabetonowany układ partyjny?
Błędne koło nieufności
Społeczeństwo widzi, że władza nie dotrzymuje wyborczych obietnic. Coraz częściej po wyborach słyszymy tłumaczenia: "kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami". Pytanie: jakimi? Gdzie są zapisane? To błędne koło nieufności.
  1. Wielu Polaków nie płaci podatków, czy w inny sposób oszukuje państwo, bo nie widzi sensownie wydawanych pieniędzy.
  2. Pieniądze często wydawane są nieracjonalnie, bo tak każe przepis w ustawie o zamówieniach publicznych (przykładem może być tutaj konieczność wyboru najtańszego oferenta).
  3. Ustawa o zamówieniach publicznych jest tak skonstruowana, ponieważ brakuje zaufania, że dyrektor departamentu nie da zlecenia swojemu szwagrowi.
  4. A zlecenia dla szwagra Polacy dają, ponieważ, jak wspominał w wywiadzie dla portalu Onet Janusz Czapiński, cechuje nas patologiczny indywidualizm w wymiarze rodzinnym.
O co chodzi? Konkurujemy niczym włoskie klany z innymi rodzinami, sąsiadami, znajomymi. Zwycięstwo sprawia nam satysfakcję.
Zaufanie do polityków (a raczej jego deficyt) to jedno. Niektórzy naukowcy nie przeceniają wagi tego zjawiska. Jednym z nich jest Russel Hardin, politolog z uniwersytetu w Nowym Yorku, który zaznacza, że brak zaufania do władzy nie jest zjawiskiem nowym i nie należy przeceniać wagi tego procesu współcześnie. Martwi jednak brak zaufania Polaków do Polaków. "Przez 20 lat, od kiedy bada się w Polsce kapitał społeczny, nie posunęliśmy się ani o krok do przodu" - mówił w wywiadzie dla tygodnika "Polityka" Janusz Czapiński.
Badania naukowców i nasze osobiste doświadczenie wskazuje, że kapitał społeczny jest takim dobrem, które się mnoży, jeśli się je dzieli. Nieufność skutkuje z kolei nadmierną kontrolą, rosnącymi kosztami działania w społeczeństwie (koszty transakcyjne) i pomnażaniem braku zaufania.
"Kto nigdy nie ufa, będzie oszukany"
W cytowanej w polskich mediach już wielokrotnie "Diagnozie społecznej 2013" prof. Janusza Czapińskiego można przeczytać, że od ostatniego badania spadły "niezmiennie niskie od początku transformacji i jedne z najniższych w Europie wskaźniki uogólnionego zaufania, aktywności obywatelskiej, pracy na rzecz społeczności lokalnej i skłonności do zrzeszania się".
To kluczowe składniki silnej demokracji i społeczeństwa obywatelskiego. Dlaczego? "Nie trzeba dużej wyobraźni, że ten samonapędzający się proces powstawania spirali nieufności prowadzi do destrukcji społeczeństwa" - tłumaczy w swojej pracy prof. Piotr Sztompka.
"Doświadczenie dowiodło, że kto nigdy nie ufa, będzie oszukany". To nie są słowa żadnego współczesnego filozofa. Autorem tych słów jest Leonardo da Vinci. Żaden z cytowanych przeze mnie socjologów czy politologów nie odkrył niczego nowego. Jednak społeczeństwa cały czas uczą się na nowo zaufania. Bo trudno je zbudować, lecz niestety bardzo łatwo zniszczyć.
Jak tłumaczy prof. Janusz Czapiński, w krajach słabiej rozwiniętych, decydująca przesłanką wzrostu gospodarczego jest kapitał ludzki. Po wejściu do grona państw wysokorozwiniętych - do którego Polska aspiruje - kluczowy jest kapitał społeczny.
- Powstaje pytanie, czy jest możliwy dalszy rozwój Polski - po ewentualnym przekroczeniu progu krajów rozwiniętych - przy obecnym poziomie kapitału społecznego? Nie jest możliwy - mówił Czapiński podczas sejmowej debaty pod koniec 2012 roku. - Nie przy obecnym poziomie awersji do współpracy, wzajemnej nieufności we wszystkich środowiskach. Ta nieufność panuje we wszystkich grupach społecznych. Ona bije z telewizora - dodał.
Wydaje się, że od tego czasu niewiele się zmieniło. Sporo więc pracy przed nami. 

I faktycznie! 
/fragmenty tekstu z 2014 r. , źródło: Onet.pl/ - wytłuszczenia moje

niedziela, 23 lutego 2020

Sentencja.20

Praca jest nie tylko miejscem zarabiania pieniędzy, ale także centralną wartością społeczną, przestrzenią i mechanizmem tworzenia wspólnoty, doświadczenia kultury demokratycznej – albo jej zaprzeczenia. Jeśli miliony pracujących doświadczają dziś folwarcznych relacji, nie dziwmy się kryzysowi demokracji w Polsce, w Europie czy na świecie.

/z programu kandydata na prezydenta/
Lepiej późno niż wcale, bo „mądrość” ta spóźniona o co najmniej 3 dekady...

piątek, 11 października 2019

Budujcie Polskę o jakiej marzycie

  • Tymczasem trzeba się przyjrzeć temu, co Polacy zrobili inaczej, niż chcieli w 1980 r. A wtedy "Solidarność" z pewnością nie walczyła o kapitalizm. Już prędzej w 1989 r.
  • W latach 80. rozmawiałem z Edwardem Lipińskim, ekonomistą i socjalistą od rewolucji 1905 roku. Mówił, że w Europie Zachodniej jest więcej socjalizmu niż w PRL. Działał w KOR na rzecz obalenia systemu, bo alternatywą było dla niego to, co widział na Zachodzie. Kiedy on i jemu podobni chcieli wprowadzać w Polsce "kapitalizm", mieli na myśli wartości polityki socjalnej.
  • Pytanie tylko: czy alternatywa socjaldemokratyczna miała wtedy szanse? Otóż na pewno dużo mniejsze, niż gdyby transformacja dokonała się wcześniej, np. w latach stanu wojennego.
  • W latach 80. trwała już globalizacja. Azja zaczęła konkurować w produkcji wartościowych produktów i przemysł zachodni przeżywał pierwsze trudności z dostosowaniem się. Już zaczynał eksportować fabryki na Daleki Wschód. Dzięki globalizacji kapitaliści mogli zerwać sojusz ze swoimi robotnikami. Zaczęli płacić mniej, ograniczyli ustawodawstwo socjalne.
  • Czytając polską publicystykę z lat 80., dostrzegłem ogromną zmianę w tym, jak się mówiło o robotnikach - i w ogóle o niższych klasach - przed 1989 r. i później.
[redaktor:] Dostali mandat demokratyczny. I wiedzieli, że postawienie gospodarki na nogi wymaga zaciśnięcia pasa.
  • Tyle że to nie elity i nie inteligenci mieli go zacisnąć. Ten wybór był bardzo klasowy.
  • Niedługo po stanie wojennym ludzie opozycji uznali, że droga do demokracji jednak prowadzi nie przez zbiorowe uczestniczenie, ale przez własność.
Słowa "klasa" w Polsce się nie używa, bo pachnie marksizmem.
  • To nieporozumienie. Kapitalizm jest systemem klasowym. On na tym polega! Kiedy właściciel szuka tańszej siły roboczej, to między grupami istnieją różnice klasowe, bo jedna zyskuje kosztem drugiej.
  • W Polsce po 1989 r. klasowość zniknęła z języka, bo nowe władze obawiały się społecznego wybuchu. Nie chciały dopuścić do masowych protestów, więc musiały znaleźć odpowiedź na poczucie zagrożenia wywołane utratą pracy, bankructwem fabryki. Była nią ideologia według której: "Każdy jest zdany na własną energię i siłę. Jeżeli sobie nie radzisz, to jesteś nieudacznikiem".
  • Ludzie myśleli, że wychodzimy z czasów wielkiego przemysłu i każdy będzie miał szansę na samorealizację w lepszych rodzajach pracy. A więc polski inteligent też mógł uważać, że skoro on ma szansę w nowym systemie, to wszyscy ją mają. Że robiąc pieniądze, stwarza wzór dla innych, a jego dawni koledzy z "Solidarności" mogą go naśladować.
  • W ten sposób przez wiele lat elity wmawiały sobie i innym, że działają w imieniu wszystkich.
Mimo to Polska jest dziś krajem bogatszym i demokratycznym. Częścią Zachodu. To jednak sukces zbiorowy.
  • Oczywiście. Ale Polska miała naprawdę szansę zbudowania systemu opartego na powszechnej partycypacji. W czasach pierwszej "Solidarności" ludzie uczestniczyli w rządzeniu, działali w związkach. I myśleli o sprawach publicznych.
  • Kiedy słyszę, że dzisiejsza Polska jest indywidualistyczna i nieufna, to przypominam sobie, że waszą najważniejszą cechą była wtedy współpraca. W roku 1989 też można było stworzyć bardziej wspólnotowe prawa i popierać grupy, które proponowały różne formy własności wspólnej.
  • Wiara w indywidualizm i powtarzanie, że pora wziąć sprawy w swoje ręce, zburzyły coś, co Polska już miała.
A może źle identyfikujemy winnego? To nie solidarnościowe elity, tylko stan wojenny rozbił więzi i nauczył ludzi indywidualnego kombinowania, żeby przetrwać.
  • W latach 70. też się mówiło, że społeczeństwo jest egoistyczne i zatomizowane, a zaraz potem wybuchła "Solidarność". Kiedyś poprosiłem studentów w Polsce, żeby porozmawiali z dziadkami - kimś, kto długo pracował w obu systemach. Wyniki nas zaskoczyły: okazało się, że lepiej było w tym pierwszym. Owszem, fatalne zaopatrzenie, niedobory, ale ludzie czuli, że tworzą grupę. Dziś praca to miejsce podejrzeń i rywalizacji.
To w końcu, jak pan widzi te 25 lat?
  • Ani czarno, ani biało. Z jednej strony to wielkie zwycięstwo, bo tamten system odbierał ludziom podstawowe wolności. Z drugiej - Polska po "Solidarności" mogła i powinna być bardziej sprawiedliwa. Ale nie zajmujcie się tylko oceną przeszłości. Próbujcie budować Polskę taką, o jakiej marzycie.

/fragmenty: wywiadu z Davidem Ostem o ćwierćwieczu wolnej Polski, „Gazeta Wyborcza”
z 27.06.2014 r./
 
*Prof. David Ost - politolog, profesor w Hobart and William Smith Colleges, autor kilku przekładów polskiej myśli politycznej na angielski. Przez 30 lat przyglądał się masowej opozycji demokratycznej i polskim przemianom. Autor "Klęski Solidarności" (Muza, 2007).

sobota, 5 października 2019

Przestarzałe myślenie

Nie jest tak, że ludzie się po prostu boją? Słusznie, czy niesłusznie – to już inna sprawa.
Oczywiście, że są politycy „handlujący” strachem, lecz chcę pokazać, iż nasza polityka była często błędna, tak w kategoriach praktycznych jak i moralnych. Nie miała też ona nic wspólnego z liberalizmem, choć autorzy tej polityki występowali pod sztandarem liberalnym. 
Polityka migracyjna nie istnieje, ale w którym jeszcze obszarze liberałowie nie odrobili lekcji?
Większość liberalnych polityków woli mówić o słabościach populistów a nie swoich. Inni poszli jeszcze dalej i zaczęli atakować wyborców, nazywając ich ciemnym ludem, który dał się zmanipulować jakimiś obietnicami społecznymi. Niektórzy dali się omamić, ale część miała po prostu dość dotychczasowej sytuacji, bo nie widziała zmiany podejścia do obywateli, państwa i Europy. Nie możemy mówić, że ludzie są oszołomami i skrzykiwać się jak za czasów „Solidarności” - wszyscy przeciwko jednemu wrogowi. Mamy inne czasy.
Za sukcesem populistów stoi zatem kryzys środowiska liberalnego, buta, arogancja i przestarzałe instytucje. Coś jeszcze?
Liberałowie byli u władzy, bo wszyscy wierzyli, że ich recepta jest jedyną na wzrost gospodarczy, skuteczną politykę zagraniczną, silne rządy prawa itd. Byli zatem w stanie zdefiniować pojęcie normalności. Kiedy nadeszły różnego rodzaju wstrząsy, obiecywali jedno, a robili drugie. Ludzie zaczęli się zastanawiać, dlaczego jest tak źle, skoro wmawia się im, że jest tak dobrze? Wyborcy mieli też dość, że w życiu politycznym pojawiają się wciąż te same twarze. Zaczęto zatem szukać alternatyw…
Co zatem nowe pokolenie musiałoby społeczeństwu zaoferować, żeby nastąpiła równowaga?
Dziś dużo mówi się o programach wyborczych. Jednakże tworzą je ludzie często skompromitowani i których wyborcy już nie obdarzają zaufaniem. Dlaczego nagle mieliby działać w interesie obywateli? Po drugie, nie wystarczy powiedzieć, że postawi się np. na służbę zdrowia. Trzeba dodać, w jaki sposób. Nie jest to łatwe, bo akurat służba zdrowia na całym świecie jest gorącym kartoflem...
Dlatego młodzi wyborcy nie idą do urn?
Nie idą, bo nie czują się częścią obecnego projektu. Młodzi nie chcą, by starsze pokolenie coś dla nich robiło. My możemy podsuwać pomysły, ale oni chcą tworzyć sami, w ich własny sposób – tym bardziej, że moje pokolenie wiele schrzaniło.
Wróćmy na poziom idei. Dlaczego liberalizm znalazł się w kryzysie, skoro ma być tak atrakcyjny dla jednostek, ba, całych społeczeństw? Co się stało, że Europejczycy coraz częściej mówią: nie chcemy tego?
Idee liberalne zostały wypaczone i to przez samych liberałów. Proszę pamiętać, że to nie populiści byli u władzy, kiedy napadaliśmy bez mandatu ONZ na kraje takie jak Irak. A kiedy już zostawiliśmy na pastwę losu pogrążone w chaosie podbite państwa, te zaczęły generować imigrantów, z którymi dzisiaj mamy takie problemy. Syria jest tylko ostatnim przykładem tego procesu.
Liberalnej Europie dał też w kość kryzys finansowy.
Oczywiście, którego również nie wywołali populiści. Nie można ich przecież winić za krach w 2007 i 2008 r., który przywiódł miliony ludzi, zwłaszcza na południu Europy, na granice ubóstwa i dalej. Populiści nie byli też u władzy, kiedy zaczęły narastać rażące nierówności. To nie oni zahamowali reformy w Unii. Co więcej, to nie populiści wybrali na szefa Komisji Europejskiej Jeana Claude'a Junckera, symbol unikania podatków w Europie…
Jakie jeszcze sztandary straciły na popularności?
Bunt jest przeciwko całemu pakietowi liberalnemu. Liberalizm stał się ideologią władzy, a ona uznała, że pewne rzeczy są racjonalne i normalne, a inne po prostu głupie. Zaczęto jednak od tego odchodzić, co zilustruję polskim przykładem. Poprzedni rząd wygenerował łącznie blisko 25-proc. wzrost gospodarczy i nie można było powiedzieć, że był biedny. Tymczasem wszelkie postulaty dotyczące poważnego zastrzyku finansowego w polityce społecznej były zbywane słowami: „nie, nie możemy sobie na to pozwolić". Normalnością stało się więc przekonanie, że na wydatki socjalne nie pozwolą rynki finansowe, bo w ten sposób zostanie zahamowany wzrost gospodarczy. Do władzy doszedł PiS i wprowadził warte miliardy złotych programy społeczne, a polscy liberałowie nadal mówią, że się nie da i to wszystko z czasem musi się rozsypać. Tyle że trwa to już trzy lata i nic się nie rozsypało. Konsekwencją polityki „nie da się" jest właśnie bunt przeciwko całej definicji normalności. I przeciwko ludziom, którzy za tym stali. Stąd kontrrewolucja.
Polscy liberałowie powiedzieliby coś wręcz przeciwnego, że 500+ to zwykłe bezproduktywne rozdawnictwo populistów, żaden tam neoliberalizm.
Finansowanie programów społecznych nie jest odejściem od polityki neoliberalnej. Zauważmy, że Polska przez całe lata była prymusem, jeśli chodzi o wzrost gospodarczy. Równolegle była też czempionem biedy, prekariatu, państwem, w którym najwięcej obywateli pracuje na umowach śmieciowych.
Liberałowie nie zadali sobie pytania, dlaczego wyborcy odwrócili się do nich plecami. Woleli fałszywie definiować rzeczywistość, że na populistów głosował plebs i oszołomy zmanipulowane obietnicami typu 500+. W ten sposób nie tylko okazywali brak szacunku dla tych ludzi, którzy przecież w demokracji mają taki sam głos jak wyborcy bogaci i oświeceni, ale stawiali sprawę z gruntu nieuczciwie, ponieważ wcześniej te same oszołomy głosowały na nich, a teraz powiedziały: „dość".
Dlaczego mamy dziś kryzys demokracji? To zdanie często można usłyszeć z ust liberałów.
Jedni winą obarczają partie polityczne, kryzys reprezentacji, inni problem widzą w jej elitach politycznych. Moim zdaniem najważniejszą przyczyną są niespełnione obietnice polityków. Stali się niewiarygodni. W Unii problemem nie jest, że obywatele nie mają wpływu na pełen proces wyborczy i obsadę kluczowych unijnych instytucji, ale że Unia słuchała bardziej 30 tys. lobbystów w Brukseli niż Europejczyków. Stała się w praktyce agencją neoliberalną.
/fragmenty wywiadu zamieszczonego w „Rzeczpospolitej” w dniu 14.10.2018 r. z prof. Janem Zielonką - oksfordzki uniwersytet/
           [wytłuszczenia moje]